Ostatni tydzień lipca spędzam w Beskidzie Sądeckim no i przez cały tydzień oczywiście pada. Trochę komplikuje ta sytuacja planowane wcześniej wyjścia w góry, ale coś tam udaje się ukraść deszczowej aurze. Szczególnego uroku wilgoć nadaje świerczynom, w których wielkim zaskoczeniem jest spotkanie z głuszą - samicą głuszca. Niestety na obustronnym zaskoczeniu się skończyło. Towarzyszy mi żona, wędrujemy głównie w paśmie Jaworzyny.
Jeżdżę z żoną na susły perełkowane. Chowam się pod siatką maskującą, leżę w bezruchu i wyczekuję bez efektów zerkając co chwila na znajdujące się po sąsiedzku norki susłów. Natomiast moja żona siedzi sobie nieopodal, zupełnie swobodnie wśród traw a w jej sąsiedztwie baraszkuje futrzane towarzystwo w najlepsze nic sobie z jej obecności nie robiąc. U mnie ciągle nic, po godzinie pod siatką nie wytrzymuję upału i zrzucam ją z siebie. Leżę dalej bez maskującego przykrycia a susły pojawiają się z norek obok. Sympatyczne stworzenia!